Samotny bieg przez Islandię  w ciągu 11 dni był bardzo ważnym i przełomowym wydarzeniem w moim życiu. Nie tylko ze względu na sportowy aspekt tego przedsięwzięcia, który w znaczący sposób przesunął fizyczne ograniczenia mojego organizmu ale także na to w jaki sposób patrzę na otaczającą mnie rzeczywistość. Bieganie czy też uprawianie danej dyscypliny sportu, która mocno wychodzi poza obszar strefy wygodnego komfortu jest swoistą nauką o samym sobie- o swoich ograniczeniach, o progu bólu czy też o motywacji do kontynuowania tego co jest niebezpieczne, nieprzyjemne a na koniec  jednak okazuje się najlepszym uczuciem na świecie. Sportowy paradoks. Często wracam do momentów kryzysowych – a jest do czego wracać i wyciągam z nich wnioski. Wstawanie bladym świtem na trening, kiedy na zewnątrz panują egipskie ciemności a temperatura sięga blisko zera nie stanowią już problemu, który kiedyś mogłem przeczekać pod kołdrą usprawiedliwiając swoje lenistwo trudami poprzedniego dnia. Islandia nauczyła mnie walki ze swoimi słabościami bez względu na wszystko. Nauczyła mnie również konsekwencji własnych działań oraz co najważniejsze, żeby nigdy nie tracić nadziei.

Pokonywanie własnych barier i ograniczeń jest niezwykle wciągające. To co do niedawna wydawało się być niemożliwe, a na pewno nieracjonalne – w sporcie wyczynowym przechodzi przez szereg testów, prób i doświadczeń by wreszcie okazało się realne. Najważniejszy jest tu czas. Prędzej czy później się uda.

Do niedawna złamanie 2 h w maratonie było czymś co uważaliśmy za wyczyn nie do zrealizowania. Jednak szereg prób i niezwykle zaawansowanych doświadczeń pokazało, że jest i to jeszcze ze sporym zapasem czasu. Rok temu byłem przekonany, że maksymalnie w ciągu roku jestem w stanie przebiec 4 maratony. W tym roku przebiegłem ich ponad 16.

Każdy z 11 dni był wyjątkowy. Jakkolwiek banalnie to brzmi, tak właśnie było. Pierwsze dni podczas biegu były walką z ciężarem plecaka i tym, co się w nim  znajdowało. Mimo że pakowałem się parę razy przed wyruszeniem w trasę, wciąż uważałem, że mam za dużo rzeczy, że na pewno jest coś, czego nie potrzebuję. Oczywiście wcale tak nie było i ta powracająca jak bumerang myśl co jakiś czas stawała się coraz słabsza. W czasie biegu nauczyłem się ignorować uciążliwe myśli, które wystawiały na próbę moją motywację i upór w dążeniu do celu. Brzemię plecaka nie było jedynym problemem, z którym musiałem się zmierzyć. Z powodu długich i ciężkich treningów, które przygotowały mnie do biegu, mocno obciążyłem miednicę. Przeciążenia wywołały niezwykle bolesny ucisk w okolicach kostki, a w ostatnich dniach w kolanie. Wtedy nie znając jeszcze przyczyny bólu, jedyny ratunek upatrywałem w dużych dawkach leków przeciwbólowych. W czasie 11 dni mocno zaprzyjaźniłem się z ketonalem i ukochanym paracetamolem. Codziennie wraz z uporem udawało mi się przebiec ok. 55 km. Harmonogram dnia wyglądał następująco: rano owsianka ze snickersami z dodatkiem ketonali, które uśmierzały ból na parę godzin. Po pierwszych 25 kilometrach robiłem 20 minutową przerwę na lunch, by później co 10 kilometrów dodawać sobie energii batonami i krótkimi przerwami. Nie lubię się na długo zatrzymywać, więc nawet zdjęcia robiłem w biegu. Na wyspie w lipcu przez cały czas jest jasno. Takie warunki panują aż do września. 

Mój dzień w biegu trwał 8 h. Śmiałem się pod nosem, że po prostu wychodzę sobie do pracy na 8 godzin i wracam. Ale ja nie wracałem, tylko codziennie parłem naprzód. To było niesamowite uczucie: widziałem swój własny postęp jako malutką kropkę na mapie, która z dnia na dzień przesuwała się coraz bardziej na południe. 

Krajobraz wyspy był tym, co wśród ludzi pytających mnie o bieg wywoływało największy zachwyt. Natura na wyciągnięcie ręki. Bliskość gór, które na południu mieniły się kolorami tęczy i kusiły kształtami. Lodowce, których krystalicznie czysty smak wody nie da się z niczym  porównać.

Codziennie przemierzałem kilkadziesiąt kilometrów w towarzystwie islandzkiego wiatru i wszechobecnego wulkanicznego pyłu, który otulał mnie z każdej strony, zostawiając na powierzchni kurtki malutkie czarne drobinki. Od czasu do czasu nad głową przelatywały ptaki zaciekawione moim biegiem. Wbrew obawom nie spotkałem na swojej drodze żadnego niedźwiedzia polarnego, bowiem te, które niegdyś przypływały na krach lodowych z północy, teraz nie mają już na czym przypływać. 

Mimo że był to samotny bieg, udało mi się spotkać niezwykle fascynujących ludzi. Jednym z nich był niesamowity szkocki biegacz – Jamie Ramsay. Jamiego poznałem nieopodal jeziora Myvatn na północy. Był to ostatni punkt cywilizacyjny przed wkroczeniem w islandzki interior. Już miałem wchodzić do sklepu po ostatnie zakupy, kiedy kątem oka zauważyłem uśmiechniętego jegomościa w takich samych butach biegowych jak moje. Od razu złapaliśmy ze sobą kontakt i po podzieleniu się dotyczasowym doświadczeniem ustaliliśmy, że nasza trasa pokrywa się w trzech nadchodzących dniach. Ja biegłem z północy na południe, natomiast Jamie ze wschodu na zachód. Była to dla mnie wyjątkowa lekcja, ponieważ Jamie jest bardzo doświadczonym biegaczem, który zdobył przydomek ‘British Forrest Gump’ po tym, jak przebiegł dwie Ameryki – 17 tysięcy kilometrów w czasie 400 dni. Pomyślałem wtedy i myślę o tym za każdym razem, że nie był to przypadek, że wtedy spotkaliśmy się w małej wiosce przy jeziorze pośrodku niczego, bowiem jego historia i to, czego dokonał, stała się motorem napędowym moich kolejnych pomysłów. 

W ostatni dzień biegu trwała walka między bólem a euforią – myślę, że do tej pory wynik jest nierozstrzygnięty. Pamiętam, że na ostatnich kilometrach wrzeszczałem, przeklinałem i wyzywałem siebie kilkukrotnie. Nie bez powodu. To werbalne karcenie się sprawiło, że ani razu się nie zatrzymałem. Biegłem, mimo że wreszcie zarówno umysł jak i ciało zgodnie mówiły mi, że muszę się zatrzymać. Nade wszystko jednak nie biegłem ostatkami sił dla siebie, ale przecież cały ten bieg był dla Kacpra. To dla niego codziennie pokonywałem po kilkadziesiąt kilometrów, brodząc w lodowatych rzekach, czy ślizgając się po zboczach lodowców. Ostatnie 2 kilometry pokonałem pod górę, a kiedy w końcu dobiegłem do miejsca, gdzie dalej biec się nie dało – to był koniec. W pierwszej chwili poczułem wielką radość, a zaraz później ogromne zmęczenie, które momentalnie ścięło mnie i upadłem na ziemię. Fale oceanu, które uderzały o skalisty brzeg i porywisty wiatr ucichły na moment. Ten moment zapamiętam do końca życia. Pamiętam pierwszą myśl, która się pojawiła kiedy odzyskałem pełną świadomość i ponownie słyszałem dźwięki otoczenia. Pomyślałem wtedy, że 600 kilometrów to dopiero początek.

Uważam, że jeszcze sporo pracy przede mną – tej fizycznej i mentalnej. Może dlatego projekty, które wymyślam, są tak długie i wymagające. W 2020 roku we wrześniu zamierzam samotnie przebiec legendarną drogę Pamir Highway. Niezwykle piękny i trudny szlak, którego początek zaczyna się w Tadżykistanie, a kończy w Kirgistanie w mieście Osz. O Tadżykistanie zacząłem myśleć już w czasie biegu przez Islandię. W głowie miałem oszałamiające krajobrazy Pamiru i piętrzące się blisko szczyty. Trasa, którą zamierzam przebiec ma ponad 1000 km i blisko 20 tysięcy metrów przewyższenia. Dla porównania Islandia liczyła 620 km i 6 tysięcy metrów przewyższeń. Poprzeczkę ustawiłem sobie niezwykle wysoko. Pamir Highway przebiegnę bez dodatkowego supportu i znów samotnie. Co ciekawe, zamierzam zabrać ze sobą o wiele mniejszy plecak niż podczas islandzkiego trawersu. Do tej pory nikomu nie udało się pokonać tej drogi biegiem, co stanowi dla mnie niepowtarzalną okazję do sprawdzenia siebie w wyjątkowo pionierskich warunkach. 

Ten bieg będzie szczególny pod wieloma względami. Jednak jego najważniejszym aspektem będzie pomoc charytatywna dla pewnego maratończyka, który doznał rozległego udaru mózgu – Łukasza Daty. Dla Łukasza będę chciał uzbierać pieniądze na jego kosztowną rehabilitację dającą niezwykle duże szanse na poprawę jego zdrowia.